A moment that changed me: I was desperate to get off the mountain, and that gut instinct saved my life.

A moment that changed me: I was desperate to get off the mountain, and that gut instinct saved my life.

Nie miałam powodu dla swojego okropnego przeczucia – i to był częścią problemu. Od chwili, gdy mój chłopak Tim i ja przybyliśmy do Tadżykistanu, aby wspiąć się na dwa siedmiotysięczniki, coś było nie tak. To nie był strach, który potrafiłabym nazwać; bardziej jak nieustanny, niepokojący pomruk.

Helikopter wysadził nas, lądując na postrzępionym lodowcu, który miał służyć jako nasz obóz bazowy i schronienie przed lawinami z otaczających szczytów. Helikopter leciał zdecydowanie za nisko, muskając lód, który wyglądał na na tyle ostry, by go rozciąć. Lodowiec było widać z wnętrza, ponieważ z tyłu była ogromna dziura – brakowało panelu, co świadczyło o jego wieku.

Gdy helikopter odleciał, zostaliśmy sami z garstką innych wspinaczy, którzy mieli być zabrani miesiąc później. Był rok 2018, a Tim i ja zorganizowaliśmy wyprawę samodzielnie, jak to często robię. Samodzielne zarządzanie oznaczało większą odpowiedzialność, ale też obniżało koszty. Góry Pamiru nie są tak znane jak Andy czy Himalaje, ale są niezwykle odległe i spełniały wszystkie kryteria, których szukamy we wspinaczce.

Na papierze plan był prosty. Rzeczywistość okazała się inna. Trasa była znacznie bardziej techniczna, niż sugerowały skąpe relacje i dzienniki wspinaczkowe, które przeczytaliśmy online. Każdego dnia czekało nas strome wspinanie lodowe, niestabilne zbocza, szczeliny lodowcowe i bardzo realny termin – jeśli nie zeszło się z pewnych lodowych ścian do około godziny 16, grunt pod stopami zaczynał się topić, powodując gigantyczne osuwisko. Lawiny były na porządku dziennym, a spadające kamienie omijały nas o włos, choć takie zagrożenia nie są niczym niezwykłym we wspinaczce. Nawet stałe liny – liny zamontowane, aby pomagać wspinaczom – okazały się bezużyteczne; bardziej przypominały sznurek ogrodowy. Na szczęście przywieźliśmy własną linę i sprzęt.

Ale nie tylko trudne warunki mnie niepokoiły. Od chwili, gdy nas wysadzono, coś było nie tak i to uczucie nigdy nie zniknęło. To nie był strach przed porażką czy zawodem dla innych – wiele razy wcześniej zawracałam lub rezygnowałam ze wspinaczek. To było coś cichszego, trudniejszego do zdefiniowania. Działaliśmy z większą niepewnością, niż zaplanowaliśmy, więc każda decyzja wydawała się cięższa. Coś mówiło mi, że musimy zejść z góry.

Obiecałam sobie i Timowi, że będziemy się wspinać ostrożnie. Pierwszy szczyt, Korżeniewska (znana od 2020 roku jako Szczyt Ozodi), okazał się zbyt niebezpieczny, by uzasadniać kontynuację, i zawróciliśmy na wysokości około 6800 metrów. Po prostu nie było warto.

W obozie bazowym czekaliśmy na helikopter, który miał nas zabrać, ale lot był zarezerwowany dopiero na 12 sierpnia, czyli za pięć dni. Ciągle pytałam lokalnych koordynatorów, czy możemy wyjechać wcześniej, ale niechętnie zmieniali harmonogram. Większość osób mówiła tylko po rosyjsku. Byliśmy odizolowani i zmęczeni, ale musiałam zaakceptować, że po prostu będziemy musieli czekać.

Wtedy, dzień przed planowanym odlotem, usłyszeliśmy odległy łopot wirników. Lądowało kolejne zabranie – ale nie dla nas. Pamiętam uczucie przygnębienia. Wtedy ktoś wykrzyknął moje imię. Ku naszemu zaskoczeniu, powiedzieli, że jeśli się pośpieszymy, możemy się wcisnąć.

Spakowaliśmy się w pośpiechu i pobiegliśmy. Z kaszlałam przy każdym kroku z powodu choroby wysokościowej i wyczerpania. Nawet obóz bazowy był brutalnym doświadczeniem, bez żadnych wygód.

Podczas startu helikopter ledwo minął szczyt lodowca, na którym stacjonowaliśmy. Tim i ja trzymaliśmy się za ręce przez cały lot, a gdy bezpiecznie wylądowaliśmy, poczułam coś, czego nie czułam od tygodni: bezpieczeństwo i spokój.

Następnego dnia ten sam helikopter wrócił po pozostałych wspinaczy. Później dowiedzieliśmy się druzgocącej wiadomości, że nigdy nie dotarł z powrotem. Lot, który mieliśmy odbyć, rozbił się na lodowcu, zabijając pięć osób. Trzynastu ocalałych znaleziono dopiero po przerażającej nocy spędzonej samotnie wśród wraku. Tragicznie, dwie z osób, które zginęły, siedziały w dokładnie tych samych miejscach, które my zajmowaliśmy – dwóch z samego tyłu. Ogon uderzył w krawędź lodowej wieży i odłamał się, zabierając ze sobą te dwa siedzenia i wysyłając statek powietrzny w swobodny spadek.

W Londynie życie dla Tima i mnie toczyło się dalej. Byliśmy już na wielu wyprawach, ale nie mogłam przestać myśleć o tym, jak ta podróż do Tadżykistanu od samego początku wydawała się inna.

Od tamtej pory nauczyłam się zawsze słuchać swojej intuicji, bez względu na wszystko. Wiem, że to normalne czuć nerwy przed przygodą – w rzeczywistości często to pomaga. Wyostrza zmysły i zmusza do uzupełnienia ewentualnych luk w przygotowaniach. Ale nauczyłam się też, że strach i intuicja to nie to samo. Strach jest głośny i chce, żebyś się zatrzymał; instynkt podpowiadany przez intuicję jest zwykle cichszy i nie zawsze się tłumaczy. Po prostu prosi, żebyś zwrócił uwagę.

Teraz, jeśli coś wydaje się nie w porządku, nie ignoruję tego. Rozumiem, jak ważne jest, aby zabrać głos i podjąć działanie, nawet jeśli może się to wydawać nierozsądne. Nie zawsze dostanie się drugą szansę.

Into the Wild autorstwa Lucy Shepherd ukazuje się nakładem Penguin Michael Joseph 16 kwietnia (£25). Aby wesprzeć Guardiana, zamów swój egzemplarz na stronie guardianbookshop.com. Mogą obowiązywać opłaty za dostawę.

Często zadawane pytania
Oczywiście Oto lista często zadawanych pytań dotyczących osobistej historii "Chwila, która mnie zmieniła: rozpaczliwie chciałam zejść z góry i ten instynkt uratował mi życie"



Ogólne zrozumienie

P: O czym jest ta historia?

O: To relacja z pierwszej osoby wspinacza lub turysty górskiego, który podczas pobytu w górach doświadczył silnego, nagłego przeczucia, że musi natychmiast zejść, nawet jeśli nie było oczywistego niebezpieczeństwa. Posłuchanie tego instynktu prawdopodobnie pomogło mu uniknąć nagłego, zagrażającego życiu zdarzenia, takiego jak lawina, burza lub obryw skalny.



P: Co oznacza "instynkt" w tym kontekście?

O: To głębokie fizyczne uczucie grozy lub pewności, że coś jest nie tak, często pojawiające się, zanim twój świadomy umysł może logicznie wyjaśnić dlaczego. To twoja podświadomość wychwytuje subtelne sygnały ostrzegawcze, których możesz aktywnie nie zauważać.



P: Czy to częste doświadczenie wśród miłośników przygód na świeżym powietrzu?

O: Tak. Wielu doświadczonych wspinaczy, turystów i survivalowców ma historie o szóstym zmyśle lub silnej intuicji, która skłoniła ich do zmiany planów, co później okazało się kluczową decyzją.



Doświadczenie i psychologia

P: Co może powodować tego rodzaju przeczucie w górach?

O: Twój mózg może podświadomie przetwarzać wiele drobnych sygnałów: nagła cisza w odgłosach zwierząt, dziwna zmiana wzorców wiatru, ledwo dostrzegalna zmiana struktury śniegu, uczucie niepokoju w grupie, a nawet subtelne zmiany ciśnienia atmosferycznego przed burzą.



P: Czym to różni się od zwykłego strachu lub niepokoju?

O: Ogólny niepokój jest często niejasny i dotyczy obaw "co jeśli". Prawdziwy instynkt w sytuacjach przetrwania jest zazwyczaj wyraźnym, klarownym i przekonującym przekazem do podjęcia konkretnego działania, który różni się od tła nerwowości.



P: Czy można wytrenować lepszy instynkt?

O: Nie można wymusić tego uczucia, ale można nauczyć się go słuchać. To przychodzi wraz z zdobywaniem doświadczenia na świeżym powietrzu, co pomaga podświadomie rozpoznawać wzorce, oraz z praktykowaniem uważności, aby zauważać własne wewnętrzne sygnały.



Praktyczne zastosowanie i rady

P: Jak mam rozpoznać, czy to prawdziwy instynkt, czy tylko strach, który mnie powstrzymuje?

O: Zadaj sobie pytanie: Czy to uczucie to niejasny strach przed wyzwaniem, czy